God is faithful. Treats Him seriously.
Z moim powołaniem było tak. Na początku mówiłam: „ Take all, take what You want”. Potem weszłam na pierwszy poziom i modliłam się do Boga: „Take antyhing, but not the one”. Co zrobił Bóg? „He took this one” i czekał na moją reakcję. Wtedy już miałam dla Niego, oczywiście wypowiedziane nie wprost, bo przecież nie wypada, nie wolno, trzeba być grzecznym itd., jedno słowo: „No (piss off)”. Gdzieś mniej więcej na tym etapie spotkałam jezuitów, którzy pomogli mi poukładać parę spraw w głowie i sercu, najpierw robiąc trochę bałaganu, burząc dotychczasowe schematy i pokazując, na czym polega prawdziwa wolność. Potem weszłam na kolejny poziom w moim powołaniu. Miałam dla Boga słowa: „I want only You”. Ale bałam się. To miłosne wyznanie przeradzało się często w ostatnim, najbardziej decydującym momencie w: „Leave me alone and go away”. A Bóg na to: „Ok, I will wait”. Był cierpliwy, czekał, aż będę gotowa. I w końcu pękłam i powiedziałam: „Stop. I agree. But please be with me.” Wtedy bardzo mnie zaskoczył, pytając „What do you want my beloved child?”
Tak wyglądała moja droga do zawierzenia Bogu. A zaczęła się od słów „jako ludzie mamy niestety niesamowitą zdolność oszukiwania samych siebie…” i wyciągniętej pomocnej dłoni, gotowości drugiej osoby do towarzyszenia w tej trudnej drodze wychodzenia z bagna kłamstwa.
„Łatwo się mówi zawierzyć Bogu, ale trudno to zrozumieć. „W języku hebrajskim słowo wiara – emuna, pochodzi od słowa emet – prawda. To sugeruje, że człowiek, który jest wierzący, zwierza się ze wszystkich swoich prawd Bogu. Stara się być szczery, bezwzględnie szczery wobec siebie i wobec Boga. Mówi Mu o sobie, ale też Go słucha – i to właściwie definicja zawierzenia. Zawierzyć się to mieć zdolność do zwierzania się Bogu. I to wcale nie jest takie proste, bo człowiek ma skłonność, by okłamywać samego siebie, ponieważ prawda jest zawsze trudna i trudno jest znieść jej ciężar. Kiedy jednak zmęczy nas oszukiwanie siebie i innych, i w końcu zdecydujemy się na to, żeby zacząć mówić Bogu prawdę, wówczas możemy doznać Jego interwencji w nasze życie”. (Łk 7, 11-15).
Tu moim kolejnym duchowym domem stał się klasztor o. kapucynów. Powiew franciszkańskiego ubóstwa, pomógł mi zrozumieć, że w moim sercu od zawsze wyryte były słowa tęsknoty „I want only You, God” i że On poradzi sobie z moim „ale ja nie dam rady, to się nie uda, niemożliwe”. I zaczęła się szkoła zaufania. Z najlepszą i najbardziej wymagającą nauczycielką – tą, która pierwsza powiedziała „fiat, niech się stanie”. I tu pojawili się dominikanie z zachwytem ikonami i zaproszeniem do zaprzyjaźnienia się na nowo z Matką Bożą, Królową Różańca Świętego. Ciągle czuje się na poziomie „beginner”. Ale dzięki zmianie perspektywy z ja na On, w moim życiu jest więcej równowagi, radości i pokoju serca. Każdemu polecam, by zacząć od prostych rzeczy: codzienne Słowo, rachunek sumienia, Msza Św., adoracja, spowiedź, wspólnota przyjaciół. A Miłość, którą jest Bóg w nas ukaże nam drogę, którą mamy kroczyć.
Bóg jest dobry. I zaskakujący. Zaryzykuj spotkanie z Nim.
https://www.youtube.com/watch?v=3XKirCbflZU
