Smak miłości
„Dłonie o. Mariana mówiły o nim czasem więcej niż oczy! Patrzył zawsze w oczy swego gościa, rozmówcy. Stale skupiony na drugim człowieku słuchał z taką uwagą jakby to był pierwszy w jego życiu napotkany człowiek, jakby był jedynym mówiącym tak niezwykle interesująco. Mogłam obserwować tak wielu ludzi mówiących do o. Mariana. Większość mówiła dokładnie to samo, że kochają o. jak nikogo na świecie, a potem najczęściej mówili już tylko o sobie… Prosili, chwalili się, obiecywali o. tak dużo, zwierzali się z cierpień, trudności… Ojciec delikatnie pocieszał, radował się ich sukcesami, podziwiał, sklejał ich rozpadające się małżeństwa, a czasem, jakby nagle zmieniając temat, sam zaczynał mówić o… działaniu Boga nawet w obozie koncentracyjnym! O mocy Miłości, która dawała nawet tam, w tym „ludzkim piekle” obozowym, siłę do przetrwania, ale i do pomagania drugiemu, do niesienia kamieni za chorego współwięźnia w kamieniołomie…
O. Marian mówił cicho, z troską, tak samo jak patrzył z jakąś trudną do opisania czułością, jaśniejącą czułością. Dłonie o. Mariana, gdy słuchał lub mówił, były spokojne, najczęściej obejmowały Brewiarz jakby spoczywały ufnie na Dłoni Boga i niosły ten spokój oraz pewność do serca o. Mariana.
Wtedy gdy o. układał Brewiarz na kolanach i na nim kładł dłonie, wiedziałam, że ma dla mnie więcej czasu, że temat, który podjęliśmy, uznał za bardzo ważny albo – że teraz ma do przekazania coś, co chciałby, aby zostało mi w sercu jeszcze bardziej niż w samej pamięci, na zawsze. Wtedy tak czułam, ogarniała mnie jakaś ciepła, przytulna mgła, świat znikał, o. trzymał mnie swoim spojrzeniem, a ja obserwowałam te ręce. Były takie spracowane, z bruzdami po fizycznej pracy… dwa razy w tygodniu je opatrywał, pewnie przez ćwierć wieku. Dwa razy w tygodniu pochylał się w tym nieopisanym upale indyjskim nad cuchnącymi ranami, brał w dłonie odrażające stopy, ręce, ropiejące nocy… Okrawał rany, mył je, opatrywał i wszystko to wykonywał z czułością, w cichym skupieniu na tym jednym chorym, JEDYNYM Człowieku. O. Marian tak widział w ludziach Jezusa. O. Marian miał dłonie gotowe opatrywać Jezusa.
Gdy kroił chleb, mówił zawsze z uwagą „zjemy sobie chleboszka”. Pamiętał jakby to było wczoraj, że w obozie w Dachau, Gussen, nic cenniejszego nie istniało ponad chleb. Jadł chleb i każdy okruszek chleba do końca. Pewnego razu, w święto, piliśmy czerwone wino na deser, a zamiast ciast i tortów był chleb. O. Marian wtedy opowiedział o swoim marzeniu. Chciałby mieć piekarnię słodkich bułeczek, by każde dziecko w szkole dla dzieci z rodzin trędowatych mogło co drugi dzień zjeść białą bułeczkę, by znało ten smak. I wkrótce pewien Włoch ufundował nowoczesną maszynę do pieczenia bułeczek.
O. Marian, gdy brał chleb w dłonie, robił to z wielką uwagą, szacunkiem. Te dłonie codziennie przecież trzymały Pana Jezusa. Podczas Mszy Świętej o. Marian tak trzymał w swoich dłoniach Najświętszy Sakrament jakby dotykał Pana Jezusa – z największą czułością, troską, z miłością. Tak dotykał ran chorych na trąd. Tak dotykał mojego serca i duszy, gdy mówił do mnie, gdy wspierał mnie w smutkach i w chorobie, gdy był przy moich bliskich chorych i cierpiących. Teraz często dziwnie wyczuwam ciepło dłoni o. Mariana, gdy staje przy mnie, kiedy westchnę do niego: Ojcze, tak mi ciężko… Ojcze, pomóż dźwignąć problem… Ojcze, wesprzyj chorego! I ta specjalna czułość o. Mariana otacza mnie natychmiast, wiem, że tu jest, dużo bliżej niż kiedy był tam, w Indiach.” – Anna Pietraszek

